19 września 2011

Pierwsze dni na tym kontynencie

(15-18.08.11)
Były nieco zwariowane. Zgodnie z prawem hamerykańskim wszystkie au pair biorą udział w szkoleniu. Nasze trwało 3 dni i odbywało się w hotelu Sheraton w Stamford.

Ale od początku. Dom moich rodziców (u których pomieszkiwałam gratisowe 2 tygodnie) opuściłam około 8 rano w poniedziałek, półprzytomna (z powodu pory i średnio przespanej nocy) i pokryta grubą warstwą sierści (pies :P). Do warshaffki dotarlim bez problemów, dość wcześnie. Zdążyłam nawet zgubić tarczę od ulubionego zegarka (którą kupiłam sobie z okazji obronionego licencjatu).. Lot miałam podzielony, najpierw wawa-frankfurt, potem frankfurt-JFK. Pierwszy samolot oderwał się od ziemi tuż po czternastej. Na lotnisku we Frankrurcie (które swoją drogą jest tragicznie wielkie, ma małe i zatłoczone toalety oraz poważne niedociągnięcia w zakresie udostępniania ludności internetu) lekkim truchtem na drugi koniec, i w końcu (po niezliczonych "wyrywkowych" konrolach - chyba wyglądam na terrorystę..) wsadzilim kibić w samolot mający zabrać mnie za ocean. Dobrze że Lufthansa daje wino w cenie biletu..



Na lotnisku JFK byłam o 19.15 czasu lokalnego. Szkoda że dopiero po 8 godzinach lotu dowiedziałam się że tym samym samolotem leciały 3 inne au pair. Możnaby do kogoś zagadać..
Padałam z resztą już wtedy na twarz, bo w samolocie nie bardzo udało mi się zasnąć. Ale w błędzie jest ten kto sądzi że pojechałam prosto do hotelu i wszystko było kolorowe.. Nieeeeeee... Kazali bowiem poczekać na "resztę dziewczyn". Najpierw przyprowadzili dwie, potem jakieś pięć, potem znowu jedną czy dwie.. Po dwóch godzinach doleciał lot z Niemiec z jakimiś 30-40 dziewczynami.. Potem czekaliśmy jeszcze na kogoś.. W końcu ostatnie 45 minut czekaliśmy na jedną dziewczynę.. Wsiadłyśmy w autobus koło północy. Tak - zasnęłam ledwo dotknąwszy siedzenia. W pokoju hotelowym okazało się (po tym jak weszłam z hukiem - w sensie że drzwiami mi się trzasnęło) że w pozostałych dwóch łóżkach śpią inne au pair - szczęściary.. :P Ja w moim łóżku byłam chwilę po pierwszej w nocy. Umierałam z głodu..
Ostatnią rzeczą którą zauważyłam, niestety już po doprowadzeniu jamy ustnej do porządku nocnego była duża zielona torba podpisana moim imieniem na biurku w pokoju. Zajrzałam do środka i znalazłam duuużo dobroci - słodycze, orzechy, małe puszki coli (i woda "poland spring" :] ).. Okazało się że to paczka powitalna od mojej host-rodziny! Aaaaaaaale miło !
I zasnęłam.



Następne trzy dni opowiadali nam bzdury i mniejsze bzdury. Nudzili i bawili.. Miałyśmy problem z elektrycznością (poszła na chwilę w całym mieście, a w efekcie nie mogłyśmy się dostać po przerwie ani do pokoi hotelowych, ani sal wykładowych - karty magnetyczne to wcale nie takie udogodnienie jak się okazuje), po czym dwie godziny później pożar w hotelowej pralni/jadalni (w końcu nie wiem gdzie) - mały, ale wygonili wszystkich ze środka i przyjechało wieeeelu przystojnych panów strażaaaaków..
W wolnych chwilach chodziłyśmy do mallu (centrum handlowego), starałyśmy się ogarnąć fakt że jesteśmy tu a nie gdzie indziej.. Wieczorem niektóre z dziewcząt poszły w tango - ja osobiście wolałam pójść na basen :)

W końcu nadszedł czwartek. Rano odbywało się jeszcze szkolenie, jednak już w okolicach lunchu dało się odczuć ogólne poddenerwowanie. Po drugiej hotel opuściły dziewczyny lecące z jednego z lotnisk. Potem dziewczyny jadące pociągiem. Następnie wyszło kolejne lotnisko. W końcu zostały tylko dziewczyny "do odbioru na miejscu". W tym ja. Siedziałyśmy w lobby hotelu, z bagażami podręcznymi i czekałyśmy. Podejrzewam że dla rodzin (a szczególnie małych dzieci) musiało być dość trudno wejść tam, pod ostrzałem tylu par oczu. I jedna po drugiej zaczęły wstawać, witać się z rodzicami i dziećmi - niepewne jak mają się właściwie zachować - i w końcu żegnać się z innymi dziewczynami i wychodzić. Jako jedna z nielicznych miałam komfort kontaktu smsowego z host-mamą, więc dostałam także smsa "będziemy za 5 minut". I rzeczywiście - przyszli. Host mama - J., młoda (14lat) i młody(12). Swoją drogą myślałam że spotkanie z nimi będzie bardziej niezręczne..

W hotelowym garażu czekał na mnie całkiem fajny samochodzik, do którego wsiadłam i odjechałam w siną dal wraz z moją nową całkiem fajną hamerykańską rodziną..

13 września 2011

Ameryka, czyli co się właściwie stało..

Otóż jestem w kraju amerykańskim i zamierzam w nim pozostać do początku września 2012. Jak, skąd i dlaczego ? Słyszeliście kiedyś o czymś takim jak Au pair? No to już słyszycie. To taka niania co przylatuje z daleka i mieszka z rodziną u której pracuje. No to jestem!

Pomysł powstał jakoś w lutym (znaczy pomysł że serio chyba trzeba by pojechać, bo doszliśmy do momentu "teraz albo nigdy"), realizacja rozpoczęła się niedługo potem.
Musiałam przedstawić liczne formularze i zaświadczenia, wykazać że nie figuruję w rejestrze karnym, dołączyć referencje i raport od lekarza. W systemie jako dostępna wisiałam jakieś 1,5 dnia, zanim skontaktowała się ze mną moja przyszła amerykańska rodzina (no i 2 inne, którym odmówiłam). Z listu wynikało że to sympatyczna gromadka mieszkająca pod NY, w składzie rodzice, syn, 2 córki i 2 psy.
Pierwszą rozmowę na skajpie miałam z obecną (jeszcze wtedy ;) ) au pair tejże familii, co było szczerze mówiąc baaardzo pomocne ogólnie. Potem porozmawiałam z host-mamą i.. byłam zachwycona !
Po wzajemnym zaakceptowaniu musiałam zorganizować sobie wizę. Następnie zaczął się ten trudny okres - czekanie..

(pisałam licencjat, próbowałam zamknąć dwie sesje, w końcu zrezygnowałam z jednych studiów, obroniłam się na drugich, ogarniałam siebie i swoje mieszkanie - przecież musiałam zostawić je puste na rok!, itp, itd..)

Termin wylotu - 1.08.2011 zbliżał się nieuchronnie. Jednak cztery dni przed tą datą zadzwoniła do mnie host-mama i stwierdziła: "Houston, mamy problem!". Otóż okazało się że młodzież najmłodsza (12 latek) wzięła kibić w troki i wyprowadziła się do biologicznego ojca. A młodzież starsza (14 i 16 latki) nie potrzebuje już niani..(i jak by to hamerykanie powiedzieli: "and I was like.. WHAT?!")
Co prawda w tym samym zdaniu stwierdziła że może mnie skontaktować z dwiema miłymi rodzinami, ale dodała także że jedna ma jednego, druga dwa koty (a ja jestem alergiczna na te worki na pchły). No to mina mi zrzedła. (tu polecam agencję z którą jestem, naprawdę wszyscy stawali na głowie i do mnie dzwonili żeby to jakoś ogarnąć) W międzyczasie dostałam ofertę spod Bostonu. Maluch (3,5 roku) zamiast nastolatków, wiocha gdzieś pod Bostonem zamiast NY.. No a przede wszystkim mamuśka młodego która w trakcie pierwszej rozmowy powiedziała że kiedy zajmuję się jej synem mam mieć całą uwagę skupioną na nim (no dziiiwneeee, czy my serio mówimy o 3 latku..?) i nie mogę: (tu nastąpiła długa lista) a także rozmawiać przez telefon i smsować, włączyć tv, itp.. A w ogóle to ona ma dla mnie więcej zasad! Mogę zapomnieć o przenocowaniu kogoś i wielu innych rzeczach.
Tiaaaa..
Cóż było czynić. Poprosiłam ex-host-rodzinkę o kontakt do jedno-kotnej zaprzyjaźnionej z nimi rodziny. Noooo... i zaiskrzyło ;) Stwierdziłam że najwyżej będę ćpać leki antyalergiczne codziennie, ale jadę !
Trzeba było zmienić formularz w systemie (nie pozwalał na kontakt jeśli ja miałam zaznaczoną alergię, a rodzina zwierzaka), więc i warszawskie biuro i lokalna amerykańska przedstawicielka się zainteresowała czy aby na pewno, ale uff, zmieniliśmy. Niestety jako że moja nowa rodzina w systemie widniała 2 dni, i w zasadzie myśleli o przygarnięciu au pair w grudniu (wyjazdy educare - czyli tego typu au pair którym ja jestem są w lecie i w grudniu), musiałam odłożyć wyjazd o dwa tygodnie.
Ciężki czas to był, ciężki :) Pomieszkiwałam u rodziców, ponieważ w moim mieszkaniu rozwiązana została umowa na dostawę internetu i telewizji, a część mebli pozawijana była już w folię..
Na szczęście czas, jak to czas ma w zwyczaju - minął i nadszedł termin mojego lotu.

I tak oto 15 sierpnia 2011 opuściłam kraj mój rodzinny, i kontynent nawet ażeby pomieszkać przez rok cały i trochę, na drugim końcu świata.
 
Copyright 2009 ..nannala... Powered by Blogger Blogger Templates create by Deluxe Templates. WP by Masterplan