(15-18.08.11)
Były nieco zwariowane. Zgodnie z prawem hamerykańskim wszystkie au pair biorą udział w szkoleniu. Nasze trwało 3 dni i odbywało się w hotelu Sheraton w Stamford.
Ale od początku. Dom moich rodziców (u których pomieszkiwałam gratisowe 2 tygodnie) opuściłam około 8 rano w poniedziałek, półprzytomna (z powodu pory i średnio przespanej nocy) i pokryta grubą warstwą sierści (pies :P). Do warshaffki dotarlim bez problemów, dość wcześnie. Zdążyłam nawet zgubić tarczę od ulubionego zegarka (którą kupiłam sobie z okazji obronionego licencjatu).. Lot miałam podzielony, najpierw wawa-frankfurt, potem frankfurt-JFK. Pierwszy samolot oderwał się od ziemi tuż po czternastej. Na lotnisku we Frankrurcie (które swoją drogą jest tragicznie wielkie, ma małe i zatłoczone toalety oraz poważne niedociągnięcia w zakresie udostępniania ludności internetu) lekkim truchtem na drugi koniec, i w końcu (po niezliczonych "wyrywkowych" konrolach - chyba wyglądam na terrorystę..) wsadzilim kibić w samolot mający zabrać mnie za ocean. Dobrze że Lufthansa daje wino w cenie biletu..
Na lotnisku JFK byłam o 19.15 czasu lokalnego. Szkoda że dopiero po 8 godzinach lotu dowiedziałam się że tym samym samolotem leciały 3 inne au pair. Możnaby do kogoś zagadać..
Padałam z resztą już wtedy na twarz, bo w samolocie nie bardzo udało mi się zasnąć. Ale w błędzie jest ten kto sądzi że pojechałam prosto do hotelu i wszystko było kolorowe.. Nieeeeeee... Kazali bowiem poczekać na "resztę dziewczyn". Najpierw przyprowadzili dwie, potem jakieś pięć, potem znowu jedną czy dwie.. Po dwóch godzinach doleciał lot z Niemiec z jakimiś 30-40 dziewczynami.. Potem czekaliśmy jeszcze na kogoś.. W końcu ostatnie 45 minut czekaliśmy na jedną dziewczynę.. Wsiadłyśmy w autobus koło północy. Tak - zasnęłam ledwo dotknąwszy siedzenia. W pokoju hotelowym okazało się (po tym jak weszłam z hukiem - w sensie że drzwiami mi się trzasnęło) że w pozostałych dwóch łóżkach śpią inne au pair - szczęściary.. :P Ja w moim łóżku byłam chwilę po pierwszej w nocy. Umierałam z głodu..
Ostatnią rzeczą którą zauważyłam, niestety już po doprowadzeniu jamy ustnej do porządku nocnego była duża zielona torba podpisana moim imieniem na biurku w pokoju. Zajrzałam do środka i znalazłam duuużo dobroci - słodycze, orzechy, małe puszki coli (i woda "poland spring" :] ).. Okazało się że to paczka powitalna od mojej host-rodziny! Aaaaaaaale miło !
I zasnęłam.
Następne trzy dni opowiadali nam bzdury i mniejsze bzdury. Nudzili i bawili.. Miałyśmy problem z elektrycznością (poszła na chwilę w całym mieście, a w efekcie nie mogłyśmy się dostać po przerwie ani do pokoi hotelowych, ani sal wykładowych - karty magnetyczne to wcale nie takie udogodnienie jak się okazuje), po czym dwie godziny później pożar w hotelowej pralni/jadalni (w końcu nie wiem gdzie) - mały, ale wygonili wszystkich ze środka i przyjechało wieeeelu przystojnych panów strażaaaaków..
W wolnych chwilach chodziłyśmy do mallu (centrum handlowego), starałyśmy się ogarnąć fakt że jesteśmy tu a nie gdzie indziej.. Wieczorem niektóre z dziewcząt poszły w tango - ja osobiście wolałam pójść na basen :)
W końcu nadszedł czwartek. Rano odbywało się jeszcze szkolenie, jednak już w okolicach lunchu dało się odczuć ogólne poddenerwowanie. Po drugiej hotel opuściły dziewczyny lecące z jednego z lotnisk. Potem dziewczyny jadące pociągiem. Następnie wyszło kolejne lotnisko. W końcu zostały tylko dziewczyny "do odbioru na miejscu". W tym ja. Siedziałyśmy w lobby hotelu, z bagażami podręcznymi i czekałyśmy. Podejrzewam że dla rodzin (a szczególnie małych dzieci) musiało być dość trudno wejść tam, pod ostrzałem tylu par oczu. I jedna po drugiej zaczęły wstawać, witać się z rodzicami i dziećmi - niepewne jak mają się właściwie zachować - i w końcu żegnać się z innymi dziewczynami i wychodzić. Jako jedna z nielicznych miałam komfort kontaktu smsowego z host-mamą, więc dostałam także smsa "będziemy za 5 minut". I rzeczywiście - przyszli. Host mama - J., młoda (14lat) i młody(12). Swoją drogą myślałam że spotkanie z nimi będzie bardziej niezręczne..
W hotelowym garażu czekał na mnie całkiem fajny samochodzik, do którego wsiadłam i odjechałam w siną dal wraz z moją nową całkiem fajną hamerykańską rodziną..
More Fun Trivia
4 godziny temu

:) Słońce, kciuki trzymam jak za własną siostrę:)
OdpowiedzUsuńFajnie się Ciebie czyta:)
Będzie dobrze! Na bank! A jak powieje kiepścizną, podaj adres, podeslę Ci wodę z naszym deszczem made in Poland!:))))
Ściskam i wirtualnie tule:)