Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatnie. Pokaż wszystkie posty

16 stycznia 2012

A potem było merry christmas!

Kiedy rano otworzyłam oko, a później i drugie, okazało się że w oko to ja trafiłam - oko cyklonu. Każdy wie jak wyglądają przeciętne święta grudniowe, nie? To teraz pomnóżcie to przez trzy i będziecie mieli ogólny pogląd na x-mas'y. Hamerykańce świętują z rodziną 25go rano. Popołudnia i wieczory spędzają ze znajomymi, rodzinami, rodzinami znajomych.. I właśnie na taką kolację trafiłam pierwszego dnia pobytu w nowym domu. Kolacja była u sąsiadów, szaleńczo wystawna (dopiero potem okazało się że oni (nasze okoliczne rodziny) tak po porstu mają), pięknie podana. Starałam się odzywać raczej tylko do ogółu, bo jakby przyszło mi wymienić czyjeś imię.. No.. Ledwie pamiętałam imiona moich dzieci :)
Na szczęście towarzystwo było bardzo wyrozumiałe i nawet nie liczyło że ich zapamiętam. Uff.

W tym miejscu powinien nastąpić rys ogólny sytuacji mieszkaniowo-okolicznej. I oto on. W domu w którym goszczę na stałe mieszka host-mama, niech będzie od dziś Kasią, i dwoje pacholąt (jak już wspominałam młoda i młody, lat odpowiednio 5 i 8). Kasia rozwiodła się (chyba) wiosną 11', ale ojciec dzieci - od dziś Tadek - bywa w domu regularnie, według planu - dwa poranki, dwa popołudnia w tygodniu, plus co drugi weekend zabiera dzieci do siebie. Nowy partner Kasi, załóżmy że Czarek, bywa w okolicy kiedy tylko może, oczywiście z ominięciem terminów Tadka. Także jest szalenie.
Swoją drogą ostatnio przy kolacji (Kasi na szczęście przy tym nie było), Młoda zwróciła się w te słowa do Tadka "tatusiu, uważam że powinieneś poznać pana Czarka!". Ja zakrztusiłam się nieco podanym mi pokarmem, Tadek jednak spokojnie zadał dziecku swemu (bardzo niebezpieczne według mnie) pytanie "a dlaczego?". Młoda stwierdziła że pan Czarek jest bardzo zabawny.
Odetchnęłam z ulgą.
Dobra, dalej.
Jakieś 25m od naszego stoi zaprzyjaźniony dom - sąsiedzi którzy rozpoczęli całe to szaleństwo i mieli aupair jako pierwsi. Oboje rodzice pracują w wojsku (swoją drogą widziałam mamuśkę w kombinezonie - całkiem spoko), ich aupair jest z chorwacji, stan zadzieciowienia: 2 chłopców, wiek 6 i 9 (około, nie wiem dokładnie).
No i jeszcze sąsiedzi którzy mieszkają dalej, to znaczy jakieś 2 ulice dalej. To u nich odbywał się pierwszy świąteczny obiad. Tych rodziców lubię bardziej niż bliższych sąsiadów, ale ich dzieci mniej niż pobliskie dzieci. Nie wiem jeszcze czym zajmują się rodzice, wiem tylko że tatuś szychą jest. Dzieci mają troje - chłopcy 3 i 8, dziewczynka koło 6. Ich aupair jest z południowej afryki i tak koszmarnie kaleczy angielski że słuchać jej nie mogę. (wymowa, nawet nie treść).

Wracając do kolacji.. Do tego zestawu doszły jeszcze trzy pary - brat i siostra gospodyni z partnerami, oraz rodzice Kasi, czyli dziadkowie dzieci moich. Tłum trochę.
Mimo wszystko nie czułam się niezręcznie, szczególnie kiedy zaczęto przytaczać historie imprez i wydarzeń nie koniecznie chlubnych, ale jakże zabawnych.
Do dzieci przyszedł mikołaj, rozdać kawałki bibuły (tradycja taka, o tym za chwilę), i upewnić dzieci że ma je na liście.
Nie siedzieliśmy długo, bo przecież wszyscy wiedzieli że wyciągnięci zostaną z łóżek przez najmłodsze pokolenie o godzinie co najmniej nieodpowiedniej..
Bo w nocy przychodzi mikołaj z prezentami. Tuż przed wejściem do łóżek dzieci zażyczyły sobie jeszcze określenia aktualnej pozycji sań mikołaja (możliwe dzięki pewnej aplikacji albo stronie www, nie wiem dokładnie, otwartej na ipadzie Kasi). Z tego co pamiętam był nad Gwatemalą. Dzieci przygotowały ciasteczka i mleko dla mikołaja i płatki owsiane dla reniferów, po czym wygonione zostały do łóżek. Wkrótce potem drzwi do salonu zostały zamknięte, i zaczęła dziać się magia.

Rano wyrwana z łóżka zostałam późno - o 7. Wszystko dlatego że Kasia zabroniła dzieciom budzić kogokolwiek aż do 7, więc chociaż tyle odpoczynku załapałam. W ameryce, podział prezentów wydaje mi się logiczniejszy trochę niż w naszej tradycji. W każdym razem łatwiej w takie coś wierzyć. Otóż tutaj prezenty pod choinką kupują i pakują dla siebie nawzajem domownicy, a mikołaj przynosi ten jeden duży wymarzony prezent i wypchaną skarpetę. Tu powrócę do wcześniej wspomnianych kawałków bibuły. Poprzedniego wieczora dzieci napisały na nich swoje imiona i powiesiły je na choince. Mikołaj zabrał je z drzewka i przypiął do prezentów które zostawił. Młoda wymarzyła sobie różowo-fioletowe buty kowbojki, młody duży zestaw lego star-wars. Ile było pisku!
Samo odpakowywanie pozostałych prezentów (w piżamach, a jakże :) ) trwało dłuuugoo.. Fajnie bo bez pośpiechu i tak.. na relaksie. Okazało się że i o mnie mikołaj i moja nowa rodzina (oraz sąsiedzi!) nie zapomnieli. Oprócz wypchanej skarpety (słodycze, naklejki i rzeczy skrapowe, kapcie domowe, krem, drobiazgi), dostałam jeszcze stertę książek o waszyngtonie i piękny zestaw ramek na ścianę (bo sąsiadka stwierdziła że pusto mam:) ). Miło tak! Dzieciom i Kasi podobały się prezenty ode mnie także. Miło nam upłynęło przedpołudnie, na testowaniu podarunków i oglądaniu ich z każdej strony.
Spokój został jednak wkrótce zmącony, ponieważ napięty grafik wskazywał że tego dnia kolacja dla wszystkich (tak, sąsiadów też :P) jest u nas. No i od nowa gotować przyszło i dekorować.. Grunt że było zabawnie.
Po wszystkim oczywiście padłam na łóżko jak nieżywa.

Ale to nie był koniec.. Następny był Boxing day. Według tradycji angielskiej był to dzień w którym pakowało się w pudełka pozostałości kolacji świątecznej i rozdawało służbie, w zestawie z dniem wolnym. Jakiś powód do świętowania to jest.. A zauważyłam że w tym domu  nie trzeba wiele żeby rozkręcić imprezę. Tak czy inaczej, Czarek chodził podekscytowany od rana, powtarzając że na kolację jest kangur. (tło: Czarek jest australijczyko-angolem. sam do końca nie wie którym bardziej.. :) ) Uśmiechałam się ładnie, zakładając że żartuje, albo że nazywa kangurem jakiś rodzaj przyrządzanego mięcha tak żeby dzieciom posiłek uatrakcyjnić. Tak myślałam do momentu aż wzięłam kawałek do ust. Smakował jak nic czego próbowałam wcześniej. Nie bardzo umiem określić, zwłaszcza że nie do końca mi podchodził ten smak, ale definitywnie kurczak to to nie był. No i Czarek miał ubaw że mu nie wierzyłam.
A ja chyba mam lekkie wyrzuty sumienia że kangura jadłam xD

Którędy do chaosu?

Z mieszkania kumpla wytoczyłam się ledwo - obładowana jak dwa wielbłądy. Do pierwszego pociągu, i z niego na stację wytoczyć pomógł mi się przypadkowy przechodzień. Intryguje mnie trochę jak to się stało, że po jakichś 4 miesiącach pobytu ilość moich maneli się conajmniej podwoiła. Przyjechałam z jedną walizką (w większości zawierającą prezenty) i jedną torbą na ramię. Jadąc pociągiem miałam dwie walizki i dwie torby na ramię (plus torebka). A i to nie wszystko, bo część moich maneli została mieszkać z Pauliną w Nowym Jorku. Ja się pytam - JAK ?! W każdym razie - do drugiego (tego co to jechał dalej niż podmiejsko) wtoczyłam się sama (a tak, kilku dobrze zbudowanych mężczyzn nawet mi się przyglądało jak mi idzie..), opadłam ciężko na siedzenie (miejsce pasażera obok mnie zastawiłam jedną z walizek i torbami) i tak zostałam, na następne 4h.
Kiedy zbliżałam się do Waszyngtonu napięcie wzrosło. No bo w zasadzie to od nowa przyszło mi przechodzić całą tą niepewność, nawet właściwie nie wiedziałam jak moja host-mama wygląda! Jednak kiedy przyszło mi wysiadać zajęłam się ponownie bagażami, co skutecznie odwróciło moją uwagę od stresu. Z resztą byłam już naprawdę zmęczona (21 to była.. może później..)

I oto byli oni. Stali w czwórkę (mama, dziadek, bachorzęcia), dzieci trzymały nawet "transparenty". No sielanka :) Przywitałam się najpierw z młodzieżą, potem pozostałymi pokoleniami i poczułam się.. dobrze :) (nie tylko dlatego że ktoś wreszcie zabrał mi połowę bagażu, ale i to miało swoje znaczenie).
Transparenty zachowałam.

Wsiedliśmy do samochodu, dzieci okazały się tak podekscytowane jak i padnięte, ale dzielnie opowiadały mi różne rzeczy o sobie nawzajem, swoich zwyczajach i tym co robią/lubią. Jakieś pół godziny zajęło nam dotarcie do mojego nowego domu w Virginii. Teoretycznie w Annandale, VA jeśli ktoś chce sobie wyguglować. Praktycznie, w środku niczego. Totalnie. Pustynia towarzyska (dlatego na weekend do NYC jadę :) ).
Dom stoi sobie na uboczu niczego, przy drodze z brakiem wyjazdu. Ale jest naprawdę ładny, a kiedy zobaczyłam mój nowy pokój byłam wręcz zachwycona. (każda aupair ma mieć własny pokój, to jest zawarte w programie, ale wiem że te potrafią się baaardzo różnić. widziałam już jeden wielkości i wyglądu szafki na miotły z obdrapaną szafą i starym telewizorem. Nic poza tym. I do tego ciemny strasznie). Tymczasem mój nowy pokój był całkowicie pachnący nowością (jestem pierwszą aupair tej rodziny więc niedawno montowano mi łóżko, półki w szafie..), z wieeelkim i szaleńczo wygodnym łóżkiem, oknem (mimo że w piwnicy mieszkam :) ), dużym biurkiem.. Wcześniej w tym pomieszczeniu było biuro więc mam też interkom, ale na szczęście dzieci nauczone są nie używać go o nieodpowiednich porach. Pokój ten sąsiaduje z łazienką (wieczorami moja prywatna, w ciągu dnia czasem jakieś dziecko sobie siknie) i bawialnią. W bawialni mam wielki telewizor, wygodną kanapę i.. kominek na pilota :) Przezarąbisty. W sensie że gazowy, ale wygląda jak prawdziwy, no i nie trzeba go rozpalać, tak :P? Jest tu także barek, a w efekcie mała lodówka, więc mogę sobie napoje trzymać tu i nie biegać góra-dół. Ostatnio młody pokazał mi jak używać usługo w telewizorze zwanej netflixem. Netflix to taka magiczna wypożyczalnia filmów(i seriali! :D, no i bajek oczywiście) na pilota, za którą rodzina płaci miesięczny abonament. Mnie to cieszy, bo w poprzednim domu coś takiego było, ale każdy film generował koszt, więc nie korzystałam. A tu mogę bez ograniczeń :) (daję radę jakieś 40 min na 3 dni może, ale zawsze coś, nie ?). No i odkryłam ostatnio "How I met your mother?".. Tak.. Zginęłam. Jestem na 20 odcinku, a dostępnych mam ze 140..
Ostatnią zaletą lokalizacji mojego pokoju mógłby być fakt że nikomu nie przeszkadzałyby moje powroty w środku nocy, jak miałam zwyczaj robić w Larchmont. Tylko że nie mam tu za bardzo dokąd pójść (jak wspominałam - środek niczego i pustynia towarzyska), plus zaczynam pracę o 6.40 zamiast o 14.45.. W łóżku jestem najpóźniej 22.15 xD
Wady? Boszszszs jak te dzieci tupią! Mam pokój pod kuchnią, i jak tylko wstaną te przypadki (co w sobotę może nastąpić nawet koło 5.30-6 tylko dlatego że są uprawione do oglądania tv) wiem dobrze że wstały.

Ale o czym to ja miałam.. Ach, przyjechałam! Rozpakowałam się, tylko dlatego że większość moich ciuchów i tak już spędziła tydzień w walizce, więc miałam nadzieję że się chociaż trochę rozprostują na wieszakach przez noc. Pół minuty po wyciągnięciu ostatniej rzeczy z torby padłam na twarz na ultra-cudnym łóżku i tyle mnie było..

Autokary nie są takie głupie..

Bo ostatnio czasu nie mam wcale, a że ponownie siedzę w jednym (ta sama trasa: DC-NYC, tym razem jadę na weekend w jabłku) to mam chwilę na aktualizację. (ok, okazało się że net nie prądził więc publikacja jest po weekendzie, ale to chyba wiele nie zmienia)

Kiedy ostatnio jechałam do Bethesdy, obok Waszyngtonu, odwiedziłam przemiłą i fajną rodzinę, z którą tuż po weekendzie zgodziłam się na matcha (współpracę). Ucieszyłam się niezmiernie, zaczęłam zastanawiać jak to będzie mieć młodsze dzieci do gadania w obcym języku (w skrócie - im młodsze tym trudniej nie tylko dlatego że one mogą nie do końca wyraźnie mówić, ale też z racji profesji - jak sądzisz że jesteś dobry w jakimś języku poinstruuj dziecko do zrobienia czegoś, odpowiednio szybko wspominaj żeby nie wkładało palców w szczelinę, podtrzymało coś od dołu bo się rozpada, itp itd. poziom ekspert obejmuje mówienie do dwójki dzieci na raz robiących różne rzeczy) i w ogóle. Obdzwoniłam też inne rodziny zainteresowane współpracą - jednych właścicieli czarnego labradora z Kansas (swoją drogą wariaci - każą wstawać o 6.30, w soboty o 7(jedyna dotychczas rodzina prosząca o pracę w każdą sobotę rano) ale już za paliwo kiedy używasz sobie auta to nie zapłacą..), mamę trzech dziewczątek o napiętym grafiku z San Francisco (tak, słyszę ten zawód w głosie, ale ja śreeeednio chciałam do californi :) ) i kogośtam jeszcze. Bo przecież ja już mam macza - jestem zajęta, tak ?

Nie. Dnia następnego napisali mi maila że jednak zmienili zdanie. Nosz kuźwa.. tak się nie robi. Jeśli rozmawiasz jeszcze z kimś i chcesz mieć więcej czasu - powiedz. A nie tak. Podobno jesteśmy dorośli..
Zwłaszcza że ja musiałabym zadzwonić do rodzin z którymi rozmawiałam i robić im wodę z mózgu..

I wtedy przyszedł mail o tytule "Zainteresowana rodzina - H***" Profil jak profil - rozwiedziona mama, dwoje dzieci, brak zwierząt. Potem otworzyłam załącznik i się zakochałam. Młoda, lat 5 na zdjęciach wygląda jak muffinka, albo inny słodycz. Młody, lat 8 - przesympatyczny. Na zdjęciu ściskają się uroczo.

Wkrótce potem host- mama zadzwoniła do mnie i pogadałyśmy chwilę lub dwie. I zadziałało :)

Jako że mieszkałam już koło tygodnia u znajomego, a na dodatek on zamierzał wyjechać na święta, moja nowa host-rodzina zaprosiła mnie tydzień wcześniej.

I tak oto w piątek, 23.12.2011 wsiadłam w pociąg w kierunku Waszyngtonu, aby spotkać moje nowe dzieci.

17 grudnia 2011

Jadę hamerykańskim autokarem..

Na podbój Waszyngtonu DC. Z powodu pewnych niedogadań i ogólnego niedopasowania zmieniam bowiem host-rodzinę. Proces jest dość mało fajny, zwłaszcza jak się trafi na tak nieprzekonaną do swojej pracy counselorkę (opiekun regionalny dla określonej terenowo grupy aupair i rodzin). Polega na tym, że po ustaleniu że przydałby się re-match (ponowne szukanie rodziny) - w naszym przypadku nastąpiło to w sposób przewidywalny i na spokojnie - aupair pracuje u rodziny jeszcze 2 tygodnie, podczas których powinna znaleźć nową rodzinę. Mojej counselorce jednakowoż średnio chciało się uaktualnić mój profil w systemie i ogólnie przydać, więc oprócz telefonu dnia pierwszego (od pobliskiej rodziny chińczyków, którzy może i byli mili, ale syf w chałupie mieli taki że wejść się nie dało a kolejne aupair uciekały im mówiąc że źle się tam czują) niewiele się działo. W końcu w połowie tygodnia drugiego zadzwoniłam do biura (oddział dla całych stanów), i dopiero oni pogonili babę do roboty. W efekcie pod koniec drugiego tygodnia rozdzwoniły się telefony. Według przepisów aupair któa nie znajdzie rodziny do ostatniego dnia 2 tygodni musi wracać do domu. Na swój koszt (co w okresie świątecznym, kiedy bilety do Polski podrożały ze zwyczajowych 500$ do około 1200$ za round-trip jest wyjątkowo radosne). Także ten.. ta możliwość odpadła. Ale zapytałam tam i tu co da się zrobić żeby tego uniknąć i usłyszałam "spooookooo, damy Ci więcej czasu, tylko załatw sobie kwaterę". Na szczęście znajomy zaoferował że do świąt mogę pomieszkać u niego. Na święta pójdę nie wiem gdzie, po świętach zrobię nie wiem co, ale przynajmniej lecieć do domu nie muszę.
Natomiast musiałam to wczoraj się wyprowadzić od mojej ex-host rodziny. Przy okazji okazało się że gdybym miała zabrać moje zabawki i wracać to chyba najtaniej będzie wynająć kontenerowiec. Przyleciałam z jedną walizką i torbą podręczną, w tej chwili wypchałam 3 walizki, 2 torby podręczne, kilka dużych toreb/worków i mnóstwo mniejszych. A przypomnę że nie minęło jeszcze 5 miesięcy jak tu siedzę..
Taaaa...
W każdym razie, jedna z rodzin z którą utrzymuję kontakt na zasadzie wzajemnego zainteresowania mieszka w Waszyngtonie, druga pod San Francisco. I oto powód dla którego jadę autokarem - zostałam zaproszona do spędzenia niedzieli z potencjalnymi pracodawcami. Z dotychczasowego kontaktu (mail/telefon) wnioskuję że to wariaci, więc powinno być dobrze. Z resztą sama host-mamuśka stwierdziła że z jej doświadczenia wynika że dzieci to w całym tym programie aupair najmniejszy problem. To rodzice nim są.
Nie mogę się nie zgodzić :)
Ale o czym to ja mówiłam.. Jadę tym autokarem, trochę rzuca na dziurach, ale się jedzie. Wifi i kontakty z prądem to standard. Trochę zimno, widocznie pani kierowca nie chce zasnąć, więc klimę nastawiła. Po wyjechaniu z mannhattanu (tunelem lincolna) rzucić okiem można było na piękną panoramę, potem na paskudne magazyny, parkingi, i inne bliżej nieokreślonego przeznaczenia działki. Potem zaczęła się droga. Międzystanowa 95 leci prosto jak w pysk strzelił, wahając się od trzech do ośmiu pasów szerokości w każdym kierunku.. Liczyłam na jakieś widoczki, dlatego usiadłam w pierwszym rzędzie foteli, ale ponownie już (po raz pierwszy jadąc do bostonu) się zawiodłam. I nie tylko dlatego że ciemno, ale głównie dlatego że widać asfalt, innych uczestników ruchu drogowego (w większości jak już wspominałam w innej notce utrzymują z nami stały dystans, więc jest wybitnie nudno) i czasem jakiś most.Rozrywkowo.
O, mijamy zjazd na Philadelphię. Zamarzły mi ręce więc na tym zakończę, a o efekcie wizyty napiszę wkrótce. Można trzymać kciuki!


7 grudnia 2011

Amerykanie prowadzą auto

Amerykańskie samochody są wielkie. (co zabawnie wyglądało w Bostonie, podobnym raczej do jakiegoś francuskiego miasteczka) I obklejone milionem naklejek i magnesów, napisów i informacji o właścicielu i jego rodzinie. Patrząc na klapę bagażnika dowiesz się ilu członków liczy dana familia (a także ile zwierząt), gdzie uczą się dzieci, co robią popołudniami. Jeśli niedajboże jakaś starsza latorośl studiuje poza miejscem zamieszkania na zderzaku jej mamy znajdziesz wielki napis "dumna z dziecka na harvardzie" albo podobny. Dowiesz się że auto należy do soccer mom (mama zostająca w domu i zajmująca się wożeniem dzieci na zajęcia dodatkowe), albo hockey mom. Inne głoszą po prostu "mom taxi". Młodzież przyjeżdżająca do szkoły własnym autem (pamiętajmy o prawie jazdy w wieku lat 16) na pewno ozdobi je kolorowymi napisami typu "seniorzy 2012", które przeżyją tylko do następnego deszczu, ale to i lepiej, bo będzie można napisać to raz jeszcze - inaczej.
W każdym razie jest co robić stojąc w korku. Lub gdziekolwiek indziej, ponieważ amerykańce mają olbrzymi talent do blokowania dowolnego odcinka drogi tylko dlatego że mają coś do załatwienia w pobliskim sklepie, albo kogoś do odebrania z lotniska. Jeśli masz szczęście to świadczą o tym włączone awaryjne. Jeśli nie, możesz zorientować się po dłuższej chwili że w aucie za którym czekasz na światłach nie ma kierowcy. Uroczo.

Drogi ameryki poznałam na razie raczej lokalnie - nowy jork, connecticut, massachusetts. I wyglądają one.. przeciętnie. Od polskich różnią się tylko tym że.. są. W sensie że jest ich dużo. Część jest szersza, część nie zupełnie. Większość dość dziurawa, chociaż trzeba przyznać że łatana w miarę na bieżąco. Ilość ruchu ulicznego na przedmieściach NY porównywalna jest według mnie do śląskich dróg. Kulturalność kierowców.. także. Czyli nie jest tak źle jak w krakowie, ale ultra cudnie nie jest. W każdym razie żeby się włączyć do ruchu musisz być przekonanym że tego właśnie chcesz. To znaczy, jak jedziesz - jedź. Jak się zatrzymasz to stój do uhahanej śmierci. Chociaż trochę talentu do kompletnego zatrzymywania się ażeby wykonać skręt też mają, przyznaję. I mało kto używa kierunkowskazów.
Natomiast jeśli gdzieś występuje ograniczenie prędkości, do powiedzmy 35 mil na godzinę to wszyscy, pozwólcie powtórzyć, wszy-scy jadą te 40, 45 na godzinę (mil) i można między samochodami na obu pasach deski porozkładać i oprzeć o maski a nie spadną. Śmiesznie się tak jeździ.

A w ramach ciekawostki; jestem jedyną aupair (u mojej lokalnej opiekunki) która po przyjeździe tutaj przesiadła się w mniejsze auto :) Z VW Transportera w VW Passata..

19 września 2011

Pierwsze dni na tym kontynencie

(15-18.08.11)
Były nieco zwariowane. Zgodnie z prawem hamerykańskim wszystkie au pair biorą udział w szkoleniu. Nasze trwało 3 dni i odbywało się w hotelu Sheraton w Stamford.

Ale od początku. Dom moich rodziców (u których pomieszkiwałam gratisowe 2 tygodnie) opuściłam około 8 rano w poniedziałek, półprzytomna (z powodu pory i średnio przespanej nocy) i pokryta grubą warstwą sierści (pies :P). Do warshaffki dotarlim bez problemów, dość wcześnie. Zdążyłam nawet zgubić tarczę od ulubionego zegarka (którą kupiłam sobie z okazji obronionego licencjatu).. Lot miałam podzielony, najpierw wawa-frankfurt, potem frankfurt-JFK. Pierwszy samolot oderwał się od ziemi tuż po czternastej. Na lotnisku we Frankrurcie (które swoją drogą jest tragicznie wielkie, ma małe i zatłoczone toalety oraz poważne niedociągnięcia w zakresie udostępniania ludności internetu) lekkim truchtem na drugi koniec, i w końcu (po niezliczonych "wyrywkowych" konrolach - chyba wyglądam na terrorystę..) wsadzilim kibić w samolot mający zabrać mnie za ocean. Dobrze że Lufthansa daje wino w cenie biletu..



Na lotnisku JFK byłam o 19.15 czasu lokalnego. Szkoda że dopiero po 8 godzinach lotu dowiedziałam się że tym samym samolotem leciały 3 inne au pair. Możnaby do kogoś zagadać..
Padałam z resztą już wtedy na twarz, bo w samolocie nie bardzo udało mi się zasnąć. Ale w błędzie jest ten kto sądzi że pojechałam prosto do hotelu i wszystko było kolorowe.. Nieeeeeee... Kazali bowiem poczekać na "resztę dziewczyn". Najpierw przyprowadzili dwie, potem jakieś pięć, potem znowu jedną czy dwie.. Po dwóch godzinach doleciał lot z Niemiec z jakimiś 30-40 dziewczynami.. Potem czekaliśmy jeszcze na kogoś.. W końcu ostatnie 45 minut czekaliśmy na jedną dziewczynę.. Wsiadłyśmy w autobus koło północy. Tak - zasnęłam ledwo dotknąwszy siedzenia. W pokoju hotelowym okazało się (po tym jak weszłam z hukiem - w sensie że drzwiami mi się trzasnęło) że w pozostałych dwóch łóżkach śpią inne au pair - szczęściary.. :P Ja w moim łóżku byłam chwilę po pierwszej w nocy. Umierałam z głodu..
Ostatnią rzeczą którą zauważyłam, niestety już po doprowadzeniu jamy ustnej do porządku nocnego była duża zielona torba podpisana moim imieniem na biurku w pokoju. Zajrzałam do środka i znalazłam duuużo dobroci - słodycze, orzechy, małe puszki coli (i woda "poland spring" :] ).. Okazało się że to paczka powitalna od mojej host-rodziny! Aaaaaaaale miło !
I zasnęłam.



Następne trzy dni opowiadali nam bzdury i mniejsze bzdury. Nudzili i bawili.. Miałyśmy problem z elektrycznością (poszła na chwilę w całym mieście, a w efekcie nie mogłyśmy się dostać po przerwie ani do pokoi hotelowych, ani sal wykładowych - karty magnetyczne to wcale nie takie udogodnienie jak się okazuje), po czym dwie godziny później pożar w hotelowej pralni/jadalni (w końcu nie wiem gdzie) - mały, ale wygonili wszystkich ze środka i przyjechało wieeeelu przystojnych panów strażaaaaków..
W wolnych chwilach chodziłyśmy do mallu (centrum handlowego), starałyśmy się ogarnąć fakt że jesteśmy tu a nie gdzie indziej.. Wieczorem niektóre z dziewcząt poszły w tango - ja osobiście wolałam pójść na basen :)

W końcu nadszedł czwartek. Rano odbywało się jeszcze szkolenie, jednak już w okolicach lunchu dało się odczuć ogólne poddenerwowanie. Po drugiej hotel opuściły dziewczyny lecące z jednego z lotnisk. Potem dziewczyny jadące pociągiem. Następnie wyszło kolejne lotnisko. W końcu zostały tylko dziewczyny "do odbioru na miejscu". W tym ja. Siedziałyśmy w lobby hotelu, z bagażami podręcznymi i czekałyśmy. Podejrzewam że dla rodzin (a szczególnie małych dzieci) musiało być dość trudno wejść tam, pod ostrzałem tylu par oczu. I jedna po drugiej zaczęły wstawać, witać się z rodzicami i dziećmi - niepewne jak mają się właściwie zachować - i w końcu żegnać się z innymi dziewczynami i wychodzić. Jako jedna z nielicznych miałam komfort kontaktu smsowego z host-mamą, więc dostałam także smsa "będziemy za 5 minut". I rzeczywiście - przyszli. Host mama - J., młoda (14lat) i młody(12). Swoją drogą myślałam że spotkanie z nimi będzie bardziej niezręczne..

W hotelowym garażu czekał na mnie całkiem fajny samochodzik, do którego wsiadłam i odjechałam w siną dal wraz z moją nową całkiem fajną hamerykańską rodziną..

13 września 2011

Ameryka, czyli co się właściwie stało..

Otóż jestem w kraju amerykańskim i zamierzam w nim pozostać do początku września 2012. Jak, skąd i dlaczego ? Słyszeliście kiedyś o czymś takim jak Au pair? No to już słyszycie. To taka niania co przylatuje z daleka i mieszka z rodziną u której pracuje. No to jestem!

Pomysł powstał jakoś w lutym (znaczy pomysł że serio chyba trzeba by pojechać, bo doszliśmy do momentu "teraz albo nigdy"), realizacja rozpoczęła się niedługo potem.
Musiałam przedstawić liczne formularze i zaświadczenia, wykazać że nie figuruję w rejestrze karnym, dołączyć referencje i raport od lekarza. W systemie jako dostępna wisiałam jakieś 1,5 dnia, zanim skontaktowała się ze mną moja przyszła amerykańska rodzina (no i 2 inne, którym odmówiłam). Z listu wynikało że to sympatyczna gromadka mieszkająca pod NY, w składzie rodzice, syn, 2 córki i 2 psy.
Pierwszą rozmowę na skajpie miałam z obecną (jeszcze wtedy ;) ) au pair tejże familii, co było szczerze mówiąc baaardzo pomocne ogólnie. Potem porozmawiałam z host-mamą i.. byłam zachwycona !
Po wzajemnym zaakceptowaniu musiałam zorganizować sobie wizę. Następnie zaczął się ten trudny okres - czekanie..

(pisałam licencjat, próbowałam zamknąć dwie sesje, w końcu zrezygnowałam z jednych studiów, obroniłam się na drugich, ogarniałam siebie i swoje mieszkanie - przecież musiałam zostawić je puste na rok!, itp, itd..)

Termin wylotu - 1.08.2011 zbliżał się nieuchronnie. Jednak cztery dni przed tą datą zadzwoniła do mnie host-mama i stwierdziła: "Houston, mamy problem!". Otóż okazało się że młodzież najmłodsza (12 latek) wzięła kibić w troki i wyprowadziła się do biologicznego ojca. A młodzież starsza (14 i 16 latki) nie potrzebuje już niani..(i jak by to hamerykanie powiedzieli: "and I was like.. WHAT?!")
Co prawda w tym samym zdaniu stwierdziła że może mnie skontaktować z dwiema miłymi rodzinami, ale dodała także że jedna ma jednego, druga dwa koty (a ja jestem alergiczna na te worki na pchły). No to mina mi zrzedła. (tu polecam agencję z którą jestem, naprawdę wszyscy stawali na głowie i do mnie dzwonili żeby to jakoś ogarnąć) W międzyczasie dostałam ofertę spod Bostonu. Maluch (3,5 roku) zamiast nastolatków, wiocha gdzieś pod Bostonem zamiast NY.. No a przede wszystkim mamuśka młodego która w trakcie pierwszej rozmowy powiedziała że kiedy zajmuję się jej synem mam mieć całą uwagę skupioną na nim (no dziiiwneeee, czy my serio mówimy o 3 latku..?) i nie mogę: (tu nastąpiła długa lista) a także rozmawiać przez telefon i smsować, włączyć tv, itp.. A w ogóle to ona ma dla mnie więcej zasad! Mogę zapomnieć o przenocowaniu kogoś i wielu innych rzeczach.
Tiaaaa..
Cóż było czynić. Poprosiłam ex-host-rodzinkę o kontakt do jedno-kotnej zaprzyjaźnionej z nimi rodziny. Noooo... i zaiskrzyło ;) Stwierdziłam że najwyżej będę ćpać leki antyalergiczne codziennie, ale jadę !
Trzeba było zmienić formularz w systemie (nie pozwalał na kontakt jeśli ja miałam zaznaczoną alergię, a rodzina zwierzaka), więc i warszawskie biuro i lokalna amerykańska przedstawicielka się zainteresowała czy aby na pewno, ale uff, zmieniliśmy. Niestety jako że moja nowa rodzina w systemie widniała 2 dni, i w zasadzie myśleli o przygarnięciu au pair w grudniu (wyjazdy educare - czyli tego typu au pair którym ja jestem są w lecie i w grudniu), musiałam odłożyć wyjazd o dwa tygodnie.
Ciężki czas to był, ciężki :) Pomieszkiwałam u rodziców, ponieważ w moim mieszkaniu rozwiązana została umowa na dostawę internetu i telewizji, a część mebli pozawijana była już w folię..
Na szczęście czas, jak to czas ma w zwyczaju - minął i nadszedł termin mojego lotu.

I tak oto 15 sierpnia 2011 opuściłam kraj mój rodzinny, i kontynent nawet ażeby pomieszkać przez rok cały i trochę, na drugim końcu świata.

4 kwietnia 2011

Szarobure popołudnie..

Z braku weny na inne zajęcie podróżowałam po youtubie. Zaczynając od Gunsów - November Rain się dobrze wpasował w aurę za oknem (pierwszy raz obejrzałam teledysk-warto:) ). I jakoś tak skręciło mi się w kierunku moich miłostek z lat szczenięcych - Backstreet Boys rulez! Stwierdziłam też że ten zespół nie mógł się nie udać, pięciu chłopa kompletnie różnych - teraz w pierwszym teledysku podoba mi się kto inny niż ponad 10 lat temu ;)



Natomiast znalazłam też coś ewidentnie nowszego - i, jak nie lubię blondynów tak Nicka nadal schrupałabym bez panierki :P !



Mam nadzieję że jeszcze ktoś się uśmiechnie, bo dziś tego nam trzeba !
Miłego popołuuuuudnia !

17 stycznia 2011

Odczuwam obawę..

Heh, taka stara a portkami trzęsie. Płonę rumieńcem, godnym trzynastolatki. Zachowuję się nieracjonalnie. I ciągle mam obawę że głupio, że niepotrzebnie.. A kiedy do głosu dorwie się rozumek nie mogę wyjść z zachwytu nad możliwościami natury i genetyki mającymi na celu przetrwanie, przedłużenie gatunku, przekazanie dalej cech pozwalających na rozwój.
Rety, niby tyle już widziałam, tyle wiem a głupia się boję..
..Żeby jeszcze było czego!

(tym razem cały tekst nie znaczy wiele dla sytuacji, sam tytuł owszem ;) )



I tak poczułam w podświadomości jak inspirujące są takie babskie rozważania i natłoki emocji silnie sprzecznych.. ;)
EDIT: a ten w kowbojskim kapelutku jest do schrupania :D 

3 września 2010

Żyję !

I to pełnią życia! Wróciłam po 1,5 miesiąca z mazur żeby natychmiast wyruszyć na następny rejs. Popłynęliśmy z Władysławowa, przez Mariehamn (fin), Sztokholm, Vaxholm, Farosund(swe) aż do Ventspils(łot) 14-sto metrowym jachtem Warszawska Nike. Było fan-tas-tycz-nie :)



Tak ładnie było kiedy krążyliśmy w szkierach zmierzając do Sztokholmu. Poznałam świetnych ludzi.. 
A że jakoś tak wyszło że dostałam się w międzyczasie na AE na Finanse i Zarządzanie w Ochronie Zdrowia, to teraz siedzę sobie w Szklarskiej Porębie na Adapciaku i bawię się świetnie :)
 Oczywiście w zanadrzu mam następny rejs, s/y Kapitan Głowacki czeka na mnie na początku października :) No i udało mi się wyrobić godziny na sternika morskiego, jeszcze tylko wysłać papiery muszę..
Dobra, gonią mnie do integrowania się więc..

26 czerwca 2010

Ahoj !

Tak, wiem, jestem ostatnio rozmowna ;)
Ale udało mi się ogarnąć, pozamykać sesję, załatwić to co załatwić miałam i...
jadę na żagle !

Zdziwieni :P ?
Będę ponad miesiąc na mazurach (jestem instruktorką-opiekunką na młodzieżowych obozach żeglarskich), skąd mam nadzieję wrócić na krótko, aby zaraz potem wybrać się nad lub na morze (albo obie opcje ;) ). Pożyjemy, zobaczymy jak mawia pewien człowiek z którym nadal miło się mi rozmawia :).
A na razie.. ahoj przygodo ! Do zobaczenia w sierpniu !

11 czerwca 2010

Jak ja niecierpię lata :) !

Na szczęście mam wentylator, zimne napoje, rolety w oknach i do pełni szczęścia testuję matę masującą (taką na fotel). Bo tam jest już stanowczo zbyt ciepło. Pies umiera, śpi cały dzień ciężko dysząc w najchłodniejszym punkcie domu - łazience. Nie pomagają zimne prysznice.. Bidula.. Nie ma jak czarne futro :)

A gdyby ktoś pytał skąd tak nagle lato - to niestety moja wina. No bo zrobiłam wieś party o nazwie 'Powitanie Lata'. I jak nie pieprznęło słońcem! Ale i tak było fantastycznie :) (następna koniec sierpnia-wrzesień ;)!)


W kwestiach twórczych teraz zasłaniam się sesją, która w tym roku po raz pierwszy daje mi się poważnie we znaki. Teraz na przykład bardzo się staram nie pisać projektu na jutro.. Bardzo ważnego projektu ;)
Powstało następnych kilka stron albumu kopenhaskiego ale nie wiem kiedy go skończę.. Pod koniec czerwca kolejne żagle się szykują - miesiąc obozu żeglarskiego z dzieciakami na Mazurach - nie ma to jak leżenie i pachnienie[sic!] za które mi płacą ;)

Ach, no i muszę się pochwalić - pierwsza kartelucha w wylęgarni poszła :) Nie wierzyłam że to się kiedyś stanie więc radość miałam podwójną.

No i kwestia ostatnia - niezły łikend się szykuje:) Dni Bytomia, Dni WPKiW, Psia Impreza w M1 a ja jadę do Krakowa na baunsy XD  Ech.. :)

31 maja 2010

Blog kulinarny i wiosna bez weny

Po pierwsze - żyję. Raz lepiej, raz gorzej ale generalnie nieźle. Wiosna uderza do głowy, juwenalia i pewne nowe znajomości mile wspominać będę.
Po drugie otworzyłam drugi blog - nannalowy notes kulinarno-dietowy:) Po więcej informacji i szczegółów tamże zapraszam. (link na stałe pojawił się w menu u góry po prawej)
Po trzecie nie mam weny. Absolutnie. Całkowicie. Nic.
A jej marne resztki wykorzystałam do zmiany wystroju parapetu :)
I nawet mimo że kupiłam fantastyczne pędzle z kuny i bobra nie mogę nic namalować, narysować, stworzyć..
DU-PA

Aby nie marudzić za bardzo wspomnę natomiast, iż wiosna jest porą roku, w której najbardziej cieszę się, że zamieszkuję pośród cmentarzy. Babuszki.. Siedzą w swoich namiotach i pośród chryzantem i innego grobowego wiechcia posiadają także urocze, małe bukieciki. Konwalie, margaretki, coś podobnego do chabrów i mnóstwo innych polnych kwiatuszków. I to za grosze :) Dwa, trzy złote.. Ach, jak ja uwielbiam kwiaty !

Edit:
Wena się pojawiła. I jak to ona uderzyła mnie obuchem w tył głowy i od dwóch dni dłubię. Album z rejsu powstaje w ekspresowym tempie ;) Będzie grubaaaaaśny! Dziesięć stron i przednia okładka gotowe, a nie doszłam nawet do połowy.

12 maja 2010

Twardy ląd

A na nim znowu ja.. Ach, jak wspaniale było! Tyłki pomarzły nam bardziej niż się spodziewałam ale..

Tak było na początku :)


Później było już tylko lepiej!
Do Kopenhagi dolecielim szybko i dość sprawnie mimo przygód przeróżnych.
Na miejscu okazało się że co prawda syrenkę ktoś buchnął (podobno na jakichś targach expo w świecie (japonia?)) jest teraz ale.. ekran z ładującym się filmikiem nas urzekł na tyle że musieliśmy zrobić sobie zdjęcie:)


Spędziliśmy czas bardzo miło, choć niestety przyszło nam się spieszyć z wypłynięciem ze względu na zapowiadane silne wiatry. I jedna tylko sprawa sen z powiek spędzała kapitanowi (Artur, lowe wielkie za ten rejs i nie schodzący z Twojej twarzy uśmiech;) ) i mnie - załoga była mocniej wychillowana niż zwykle na skutek odwiedzenia Christianii
Przeżycie bardzo interesujące, przyznaję ;) Niestety nie wolno tam robić zdjęć.. Po opuszczeniu dzielnicy tej przedziwnej załoganci wyglądali tak:


W Sassnitz (Niemcy, Rugia) było natomiast tak


bo trzeba było przeczekać sztorm. Szaleństwa różne czyniłam które będę do emerytury zapewne wspominać, ale cóż.. młodość jest jedna :)

Natomiast tak ogólnie, dokonałam ponownie przemyśleń przeróżnych..

Bo kiedy siedzi się na wachcie jest czas.. Spokój(zwykle:) ), cisza, nikt nie oczekuje od Ciebie nic ponad trzymanie kursu na kompasie.. I przypomina się że jednak tej wody pod nami jest sporo, że jachcik 10 metrowy to jeno okruszek zależny tylko od sił przyrody. I że człowiek może sobie myśleć jak wielki i wspaniały jest, dopóki pogoda mu sprzyja. To pozwala odzyskać właściwą perspektywę.. :)



Każdy czasem musi pobyć sam ze sobą..

Więcej zdjęć ?
http://picasaweb.google.com/fidex23/Kopenhaga2010
http://picasaweb.google.pl/izwaryn/RejsKopengaga18052010#
mjuzik by EKT Gdynia ;)

30 kwietnia 2010

Skurczył mi się czas..

I gdzieś umyka, jak szalony.
A miałam o tyyylu rzeczach napisać :) I o pomocy Alicji przy królikach, i o malarstwie moim podwórkowym. Ach, i o broni mało palnej i bandzie wariatów, których spotkałam niedawno w nyskiej zonie i którzy urzekli mnie bardzo. No i się odwleka to moje napisanie w nieskończoność. Bo ciągle coś wyskakuje. Na przykład psie szkolenie (ach, obedience ćwiczymy!). Na przykład rejs.
Zawiało mocniej, zapachniało wiatrem i.. płynę! uh uh ! Doczekać się nie mogę! Skromny rejsik, tygodniowy na Kopenhagę, Ystad.. A cieszę się jak głupia :)
Tymczasem pochwalę się filmem z zeszłego roku - rejsu który nieco przeklinałam, którego strasznie się bałam i po którym ponownie stwierdziłam że nigdy więcej się tak psioczyć nie chcę i nigdzie nie płynę więcej:) (ewentualnie motorówką po północnych wybrzeżach afryki :P).
Był to rejs dość trudny, pieruńsko długi (40 albo 42 dni, nie pamiętam już) i.. bez rewelacji :) Szpicbergen wraz z jego stolicą okazał się dość szarym miejscem (miasteczko robotnicze) a dupy nam wymarzły znacząco (ach jak dobrze było wleźć pod 2 lub i 3 śpiwory po zejściu z wachty..). Natomiast bardzo ciekawa okazała się Islandia (ja tam wrócę !) więc przykro mi bardzo że mieliśmy tak mało czasu - jedną dobę. Wyspy owcze także piękne.. A Norwegię to kocham od dawna :)
Film ma 19 minut i warto obejrzeć do samego koniuszka ;)


Arctic challenge from fordewind on Vimeo.


Dostaliśmy za to wyróżnienie honorowe 'Rejs roku 2009', Nagrodę Grotmaszta Bractwa Kapehornowców (!) i po Conrad'zie (nagroda ludzi morza ;) ). Znaczy oczywiście dostał to Michał (ale Conradowe dyplomy mamy wszyscy), tylko że.. nie dałby rady bez nas (to jego słowa żeby nie było:) ).
I w zasadzie jestem nieco dumna..
(do tego teraz można moje nazwisko znaleźć w archiwach portu stolicy Szpicbergenu ;) )

6 marca 2010

Candy dotarło :)

Do dziewczyn które podały mi adresy :) Starałam się dostosować nieco do każdej z nich. Więc tak.. Każda z nich dostała Magiczny Cynamonowy Piasek do Kąpieli (tak, wymaga tylu dużych liter - jest rewelacyjny :) ), herbatkę i ozdobno-pomocne klamerki. Poza tym wysłałam coś wyprodukowanego przeze mnie, oraz coś co przyda się do tworzenia.
KosimkArt  jako że tworzy biżu dostała nieco kamoli i zakładkę do książki,

Katharinka skrapuje więc tusze do stempli i kolczyki,


A Enid jako że ima się różnych twórczości dostała kawał koronki i również kolczyki :) 


Podobno się podobało z czego cieszę się niepomiernie :]

4 marca 2010

"Czas goni nas..

goni nas,
Goni nas, goni nas cały czas
Cały czas goni nas, goni nas,
Goni nas, dogoni, zgubi nas ..." :)


No i ostatnio jakoś go mniej. Ale kilka rzeczy powstało - trzy i pół królika, jakieś wytwory pobliskie..
Ach, no i udało mi się dotrzeć na pocztę spełniając wszystkie warunki z listy:
-poczta była otwarta
-miałam wszystkie pakunki
-odpowiedni finans na znaczki
-posiadałam wszystkie adresy wysyłki
-nie było akurat przerwy śniadaniowej
-nie było awarii komputera na poczcie
A to wcale niełatwe uzyskać to naraz.. Nie muszę chyba mówić ile miałam podejść (a do tego że pocztę mam cztery piętra w dół nie będę się przyznawać ;)
W każdym razie candy wysłałam i jedno już nawet doszło.. :) Zdjęcia wrzucę jak dojdą wszystkie.

Chciałam jeszcze wspomnieć jakiego mam zdolnego przyjaciela, który kiedyś będzie sławny a ja będę mówiła prasie co to on wyczyniał w młodości :)
Gość ten wraz z młodszym bratem założył zespół i grają sobie takiego.. cytuję: ".. melodycznego rocka przeplatanego motywami reggae/ska." :)

W każdym razie wygląda tak:
(wiem, dość ciemno :P )
 
A śpiewa tak:
Found at: FilesTube
Found at: FilesTube
I mi się podoba (nie, nie każdemu musi :) ) 
A stronę ma tutaj

Pokażę jeszcze jakie królisie zrobiłam cudne..
Młodzieży dla której powstały podobają się znacząco (bardzo się ucieszyłam, bo przyznaję że miałam stresa ;) )
Uwaga dużo zdjęć bo i czasu na nie miałam dużo - w pociągu relacja południe polski-północ tejże doszywałam panienkom jeszcze rączki na miejsce.. :P
W niebieskiej sukience występuje nieco staromodna i raczej konserwatywna Emilia, a w zielonej szalona i energiczna Marta. Dzieci które otrzymały moje produkty nawet ich nie przechrzciły :)
(tak, pękam z dumy :P )

 
  
  
  
 

A moja szalona pies pozdrawia zaglądaczy ze skupieniem :)

19 lutego 2010

Eustachy okazał się być Patrycją

I to Patrycją-modnisią :) O czym bredzę? Uszyłam moją pierwszą Tildę ! Króliczka jest śliczna, niewielka, ma ciemnozielone legginsy w grochy, jasnozieloną tunikę-top, koszyczek i dwuwersyjny kapelutek (bo nie do końca zrozumiałam wykrój na kapelusz więc z przodu jest czekoladowy a z tyłu zielony w grochy ;) ).
Jest cudna i na pewno będzie miała tildowe rodzeństwo.. Duuuużo rodzeństwa :]
Prezentuję:


Dumnam strasznie :)
A druga sprawa co mnie zajmuje ostatnio to pozbawienie Luny narządów wewnętrznych w liczbie trzech większych i systemu łączącego. Czytaj - sterylizacja. Okazało się że martwiłam się bardziej niż było trzeba. Oczywiście znieczulenie samo w sobie nie jest fajne (się bidula zataczała i ledwie na nogach szła) ale już po ok.10 godzinach pies wróciła do siebie, zerwała krępujący ją fartuszek i machając ochoczo ogonem zaproponowała spacer który rozpoczęła od gruntownego wytarzania się w możliwie najgłębszym śniegu. Tarzanie z resztą wykonała głównie ryjem, wyglądało to trochę tak jak ja kiedy rano próbując dojść do siebie obmywam twarz lodowatą wodą. Coś w tym jest..

Teraz unikamy spacerów w psich porach (14-15, 20-21) kiedy w naszym parku biega czasem i kilkanaście psów różnych ras żeby biduli żal nie było że inni się bawią a ona nie może :)
I czekamy na wiosnę grzejąc uszy ;)

16 lutego 2010

Chłopiec stara się bardzo :)

Zainspirowana poprzednio-postowym utworem stworzyłam LO o pewnym gościu który pragnie być bad boy'em :) Drobnym druczkiem jest zawarty nań cały tekst tejże piosenki - do wglądu tutaj
Mam jednak problem, bo nie pasuje mi nic więcej dołożyć do tego skrapa, a tak wydaje mi się nie skończony. Chyba zostawię jak jest..


Prawda że hard & cool ? :)
No to dodatkowo dorzucę jedną kartkę.. (motylek się unosi nad papierem (wycięty z niego), żółte skrzydła są jeszcze jedną osobną warstwą, lekkie to wszystko miało być ;) )Miłośna taka..


Miałam się jeszcze pochwalić co w tym miesiącu upolowałam na targu staroci - w Bytomiu jest onże w każdą pierwszą sobotę miesiąca.. Oprócz dwóch par nóg od singerki (jedne moje, jedne matki mej) mam 5 ślicznym pojemników aptecznych przeźroczystych, 2 kanki, dzwonek i baaardzo zaśniedziały świecznik (lichtarz? ... cholera ! jak sobie nie przypomnę nazwy pojedynczego świecznika z uszkiem to mnie skręci - jakieś pomysły ?). Ach, i książki ! Średnio-stary słownik języka polskiego na zniszczenie, trochę nut, jakiś pseudo-zielnik i przepiękny ruski atlas kwiatów. Nie wiem jeszcze co zrobię z tym ostatnim bo zniszyć żal, a mieć w formie książki bez sensu :)
Prezentuję:

 
 

28 stycznia 2010

Ogłoszenie :)

Dwie fajne babki (ja i Luna) szukają towarzystwa na długie spacery. Miły byłby jakiś przystojny student z dużym psem/psą dowolnej rasy. Zainteresowanych prosimy o kontakt..

 
Copyright 2009 ..nannala... Powered by Blogger Blogger Templates create by Deluxe Templates. WP by Masterplan