7 grudnia 2011

Amerykanie prowadzą auto

Amerykańskie samochody są wielkie. (co zabawnie wyglądało w Bostonie, podobnym raczej do jakiegoś francuskiego miasteczka) I obklejone milionem naklejek i magnesów, napisów i informacji o właścicielu i jego rodzinie. Patrząc na klapę bagażnika dowiesz się ilu członków liczy dana familia (a także ile zwierząt), gdzie uczą się dzieci, co robią popołudniami. Jeśli niedajboże jakaś starsza latorośl studiuje poza miejscem zamieszkania na zderzaku jej mamy znajdziesz wielki napis "dumna z dziecka na harvardzie" albo podobny. Dowiesz się że auto należy do soccer mom (mama zostająca w domu i zajmująca się wożeniem dzieci na zajęcia dodatkowe), albo hockey mom. Inne głoszą po prostu "mom taxi". Młodzież przyjeżdżająca do szkoły własnym autem (pamiętajmy o prawie jazdy w wieku lat 16) na pewno ozdobi je kolorowymi napisami typu "seniorzy 2012", które przeżyją tylko do następnego deszczu, ale to i lepiej, bo będzie można napisać to raz jeszcze - inaczej.
W każdym razie jest co robić stojąc w korku. Lub gdziekolwiek indziej, ponieważ amerykańce mają olbrzymi talent do blokowania dowolnego odcinka drogi tylko dlatego że mają coś do załatwienia w pobliskim sklepie, albo kogoś do odebrania z lotniska. Jeśli masz szczęście to świadczą o tym włączone awaryjne. Jeśli nie, możesz zorientować się po dłuższej chwili że w aucie za którym czekasz na światłach nie ma kierowcy. Uroczo.

Drogi ameryki poznałam na razie raczej lokalnie - nowy jork, connecticut, massachusetts. I wyglądają one.. przeciętnie. Od polskich różnią się tylko tym że.. są. W sensie że jest ich dużo. Część jest szersza, część nie zupełnie. Większość dość dziurawa, chociaż trzeba przyznać że łatana w miarę na bieżąco. Ilość ruchu ulicznego na przedmieściach NY porównywalna jest według mnie do śląskich dróg. Kulturalność kierowców.. także. Czyli nie jest tak źle jak w krakowie, ale ultra cudnie nie jest. W każdym razie żeby się włączyć do ruchu musisz być przekonanym że tego właśnie chcesz. To znaczy, jak jedziesz - jedź. Jak się zatrzymasz to stój do uhahanej śmierci. Chociaż trochę talentu do kompletnego zatrzymywania się ażeby wykonać skręt też mają, przyznaję. I mało kto używa kierunkowskazów.
Natomiast jeśli gdzieś występuje ograniczenie prędkości, do powiedzmy 35 mil na godzinę to wszyscy, pozwólcie powtórzyć, wszy-scy jadą te 40, 45 na godzinę (mil) i można między samochodami na obu pasach deski porozkładać i oprzeć o maski a nie spadną. Śmiesznie się tak jeździ.

A w ramach ciekawostki; jestem jedyną aupair (u mojej lokalnej opiekunki) która po przyjeździe tutaj przesiadła się w mniejsze auto :) Z VW Transportera w VW Passata..

5 października 2011

Moja hamerykańska rodzina

Składa się z dwojga dorosłych, dwójki dzieci, psa marki Labradoodle i kota koloru czarny skurczybyk. Mieszkają oni w starym (jak na usa ;) ) domu w village of Larchmont. Spokojna, miła okolica domów jednorodzinnych, dużo zieleni (oczywiście żadnych płotów, nigdzie).. Pracują w city, uczą się w pobliskich szkołach. Młody (12 lat) w lokalnej podstawówce (tutaj nazywanej średnią ;) ), młoda (14 lat) w liceum. Normalnie sielsko, anielsko.. Niewiele wolno mi co prawda mówić, ze względu na liczne instrukcje na orientacji odnośnie amerykańskiego poczucia prywatności rodzinnej. Wykład na ten temat trwał jakieś 40 minut..
Tak czy inaczej, młodzież którą się opiekuję jest kulturalna (słychać tu "tak, proszę" i "nie dziękuję" nawet między rodzeństwem), miła i urocza. Czasem się tłuką, ale to nic szczególnego przecież. W ciągu dnia są w szkole, aż do 14.45 (o tej porze ze wszystkich szkół wypuszcza się tu dzieciarnię), potem mają (lub nie) zajęcia dodatkowe (perkusję, taniec, religię..) albo spędzają czas ze znajomymi drąc japy mniej lub bardziej. W skrócie - zupełnie jak wszędzie indziej na świecie.
I naprawdę sądzę, że jest to jedna z najlepszych rodzin do jakich mogłam trafić. Mili, kontaktowi, niewymagający cudów.. Mam mniej więcej wiedzieć gdzie znajdują się moje dzieci, sprawić żeby dotarły na czas na zajęcia dodatkowe, ale już w zakresie potrzeb różnych  mogą poczekać jeśli trzeba (typu: odebranie z kina).

Jest dobrze :)

19 września 2011

Pierwsze dni na tym kontynencie

(15-18.08.11)
Były nieco zwariowane. Zgodnie z prawem hamerykańskim wszystkie au pair biorą udział w szkoleniu. Nasze trwało 3 dni i odbywało się w hotelu Sheraton w Stamford.

Ale od początku. Dom moich rodziców (u których pomieszkiwałam gratisowe 2 tygodnie) opuściłam około 8 rano w poniedziałek, półprzytomna (z powodu pory i średnio przespanej nocy) i pokryta grubą warstwą sierści (pies :P). Do warshaffki dotarlim bez problemów, dość wcześnie. Zdążyłam nawet zgubić tarczę od ulubionego zegarka (którą kupiłam sobie z okazji obronionego licencjatu).. Lot miałam podzielony, najpierw wawa-frankfurt, potem frankfurt-JFK. Pierwszy samolot oderwał się od ziemi tuż po czternastej. Na lotnisku we Frankrurcie (które swoją drogą jest tragicznie wielkie, ma małe i zatłoczone toalety oraz poważne niedociągnięcia w zakresie udostępniania ludności internetu) lekkim truchtem na drugi koniec, i w końcu (po niezliczonych "wyrywkowych" konrolach - chyba wyglądam na terrorystę..) wsadzilim kibić w samolot mający zabrać mnie za ocean. Dobrze że Lufthansa daje wino w cenie biletu..



Na lotnisku JFK byłam o 19.15 czasu lokalnego. Szkoda że dopiero po 8 godzinach lotu dowiedziałam się że tym samym samolotem leciały 3 inne au pair. Możnaby do kogoś zagadać..
Padałam z resztą już wtedy na twarz, bo w samolocie nie bardzo udało mi się zasnąć. Ale w błędzie jest ten kto sądzi że pojechałam prosto do hotelu i wszystko było kolorowe.. Nieeeeeee... Kazali bowiem poczekać na "resztę dziewczyn". Najpierw przyprowadzili dwie, potem jakieś pięć, potem znowu jedną czy dwie.. Po dwóch godzinach doleciał lot z Niemiec z jakimiś 30-40 dziewczynami.. Potem czekaliśmy jeszcze na kogoś.. W końcu ostatnie 45 minut czekaliśmy na jedną dziewczynę.. Wsiadłyśmy w autobus koło północy. Tak - zasnęłam ledwo dotknąwszy siedzenia. W pokoju hotelowym okazało się (po tym jak weszłam z hukiem - w sensie że drzwiami mi się trzasnęło) że w pozostałych dwóch łóżkach śpią inne au pair - szczęściary.. :P Ja w moim łóżku byłam chwilę po pierwszej w nocy. Umierałam z głodu..
Ostatnią rzeczą którą zauważyłam, niestety już po doprowadzeniu jamy ustnej do porządku nocnego była duża zielona torba podpisana moim imieniem na biurku w pokoju. Zajrzałam do środka i znalazłam duuużo dobroci - słodycze, orzechy, małe puszki coli (i woda "poland spring" :] ).. Okazało się że to paczka powitalna od mojej host-rodziny! Aaaaaaaale miło !
I zasnęłam.



Następne trzy dni opowiadali nam bzdury i mniejsze bzdury. Nudzili i bawili.. Miałyśmy problem z elektrycznością (poszła na chwilę w całym mieście, a w efekcie nie mogłyśmy się dostać po przerwie ani do pokoi hotelowych, ani sal wykładowych - karty magnetyczne to wcale nie takie udogodnienie jak się okazuje), po czym dwie godziny później pożar w hotelowej pralni/jadalni (w końcu nie wiem gdzie) - mały, ale wygonili wszystkich ze środka i przyjechało wieeeelu przystojnych panów strażaaaaków..
W wolnych chwilach chodziłyśmy do mallu (centrum handlowego), starałyśmy się ogarnąć fakt że jesteśmy tu a nie gdzie indziej.. Wieczorem niektóre z dziewcząt poszły w tango - ja osobiście wolałam pójść na basen :)

W końcu nadszedł czwartek. Rano odbywało się jeszcze szkolenie, jednak już w okolicach lunchu dało się odczuć ogólne poddenerwowanie. Po drugiej hotel opuściły dziewczyny lecące z jednego z lotnisk. Potem dziewczyny jadące pociągiem. Następnie wyszło kolejne lotnisko. W końcu zostały tylko dziewczyny "do odbioru na miejscu". W tym ja. Siedziałyśmy w lobby hotelu, z bagażami podręcznymi i czekałyśmy. Podejrzewam że dla rodzin (a szczególnie małych dzieci) musiało być dość trudno wejść tam, pod ostrzałem tylu par oczu. I jedna po drugiej zaczęły wstawać, witać się z rodzicami i dziećmi - niepewne jak mają się właściwie zachować - i w końcu żegnać się z innymi dziewczynami i wychodzić. Jako jedna z nielicznych miałam komfort kontaktu smsowego z host-mamą, więc dostałam także smsa "będziemy za 5 minut". I rzeczywiście - przyszli. Host mama - J., młoda (14lat) i młody(12). Swoją drogą myślałam że spotkanie z nimi będzie bardziej niezręczne..

W hotelowym garażu czekał na mnie całkiem fajny samochodzik, do którego wsiadłam i odjechałam w siną dal wraz z moją nową całkiem fajną hamerykańską rodziną..

13 września 2011

Ameryka, czyli co się właściwie stało..

Otóż jestem w kraju amerykańskim i zamierzam w nim pozostać do początku września 2012. Jak, skąd i dlaczego ? Słyszeliście kiedyś o czymś takim jak Au pair? No to już słyszycie. To taka niania co przylatuje z daleka i mieszka z rodziną u której pracuje. No to jestem!

Pomysł powstał jakoś w lutym (znaczy pomysł że serio chyba trzeba by pojechać, bo doszliśmy do momentu "teraz albo nigdy"), realizacja rozpoczęła się niedługo potem.
Musiałam przedstawić liczne formularze i zaświadczenia, wykazać że nie figuruję w rejestrze karnym, dołączyć referencje i raport od lekarza. W systemie jako dostępna wisiałam jakieś 1,5 dnia, zanim skontaktowała się ze mną moja przyszła amerykańska rodzina (no i 2 inne, którym odmówiłam). Z listu wynikało że to sympatyczna gromadka mieszkająca pod NY, w składzie rodzice, syn, 2 córki i 2 psy.
Pierwszą rozmowę na skajpie miałam z obecną (jeszcze wtedy ;) ) au pair tejże familii, co było szczerze mówiąc baaardzo pomocne ogólnie. Potem porozmawiałam z host-mamą i.. byłam zachwycona !
Po wzajemnym zaakceptowaniu musiałam zorganizować sobie wizę. Następnie zaczął się ten trudny okres - czekanie..

(pisałam licencjat, próbowałam zamknąć dwie sesje, w końcu zrezygnowałam z jednych studiów, obroniłam się na drugich, ogarniałam siebie i swoje mieszkanie - przecież musiałam zostawić je puste na rok!, itp, itd..)

Termin wylotu - 1.08.2011 zbliżał się nieuchronnie. Jednak cztery dni przed tą datą zadzwoniła do mnie host-mama i stwierdziła: "Houston, mamy problem!". Otóż okazało się że młodzież najmłodsza (12 latek) wzięła kibić w troki i wyprowadziła się do biologicznego ojca. A młodzież starsza (14 i 16 latki) nie potrzebuje już niani..(i jak by to hamerykanie powiedzieli: "and I was like.. WHAT?!")
Co prawda w tym samym zdaniu stwierdziła że może mnie skontaktować z dwiema miłymi rodzinami, ale dodała także że jedna ma jednego, druga dwa koty (a ja jestem alergiczna na te worki na pchły). No to mina mi zrzedła. (tu polecam agencję z którą jestem, naprawdę wszyscy stawali na głowie i do mnie dzwonili żeby to jakoś ogarnąć) W międzyczasie dostałam ofertę spod Bostonu. Maluch (3,5 roku) zamiast nastolatków, wiocha gdzieś pod Bostonem zamiast NY.. No a przede wszystkim mamuśka młodego która w trakcie pierwszej rozmowy powiedziała że kiedy zajmuję się jej synem mam mieć całą uwagę skupioną na nim (no dziiiwneeee, czy my serio mówimy o 3 latku..?) i nie mogę: (tu nastąpiła długa lista) a także rozmawiać przez telefon i smsować, włączyć tv, itp.. A w ogóle to ona ma dla mnie więcej zasad! Mogę zapomnieć o przenocowaniu kogoś i wielu innych rzeczach.
Tiaaaa..
Cóż było czynić. Poprosiłam ex-host-rodzinkę o kontakt do jedno-kotnej zaprzyjaźnionej z nimi rodziny. Noooo... i zaiskrzyło ;) Stwierdziłam że najwyżej będę ćpać leki antyalergiczne codziennie, ale jadę !
Trzeba było zmienić formularz w systemie (nie pozwalał na kontakt jeśli ja miałam zaznaczoną alergię, a rodzina zwierzaka), więc i warszawskie biuro i lokalna amerykańska przedstawicielka się zainteresowała czy aby na pewno, ale uff, zmieniliśmy. Niestety jako że moja nowa rodzina w systemie widniała 2 dni, i w zasadzie myśleli o przygarnięciu au pair w grudniu (wyjazdy educare - czyli tego typu au pair którym ja jestem są w lecie i w grudniu), musiałam odłożyć wyjazd o dwa tygodnie.
Ciężki czas to był, ciężki :) Pomieszkiwałam u rodziców, ponieważ w moim mieszkaniu rozwiązana została umowa na dostawę internetu i telewizji, a część mebli pozawijana była już w folię..
Na szczęście czas, jak to czas ma w zwyczaju - minął i nadszedł termin mojego lotu.

I tak oto 15 sierpnia 2011 opuściłam kraj mój rodzinny, i kontynent nawet ażeby pomieszkać przez rok cały i trochę, na drugim końcu świata.

4 kwietnia 2011

Szarobure popołudnie..

Z braku weny na inne zajęcie podróżowałam po youtubie. Zaczynając od Gunsów - November Rain się dobrze wpasował w aurę za oknem (pierwszy raz obejrzałam teledysk-warto:) ). I jakoś tak skręciło mi się w kierunku moich miłostek z lat szczenięcych - Backstreet Boys rulez! Stwierdziłam też że ten zespół nie mógł się nie udać, pięciu chłopa kompletnie różnych - teraz w pierwszym teledysku podoba mi się kto inny niż ponad 10 lat temu ;)



Natomiast znalazłam też coś ewidentnie nowszego - i, jak nie lubię blondynów tak Nicka nadal schrupałabym bez panierki :P !



Mam nadzieję że jeszcze ktoś się uśmiechnie, bo dziś tego nam trzeba !
Miłego popołuuuuudnia !

12 lutego 2011

Woreczki na bieliznę

Wreszcie sobie uszyłam:) Będą ładnie pasowały do zamówionego ostatnio kompletu czerwonych walizek. Szkoda tylko że nie umiem zrobić im ładnego zdjęcia:( Ciągle ciemno.. 
W każdym razie - zewnętrzna warstwa jest prześwitująca, więc wewnętrzne kwiatki całkiem sympatycznie wychylają głowy.. Aplikacje o postrzępionych (celowo:P) brzegach informują czego należy spodziewać się w środku. (odpowiednio majtek, staników i skarpetek oczywiście ;) )
I serio - na żywo są ładniejsze ;) Może jeszcze kiedyś uda mi się zrobić im ładniejsze zdjęcia..



Posted by Picasa

20 stycznia 2011

Jednak jeszcze jeden komplet pereł :)

Prawda że uroczy ? Zszedł na pniu!

Perły, szkło weneckie, jakiś zagubiony agat lub dwa.. :)


18 stycznia 2011

Błyskotki, bo sesja do kwadratu ;)

A raczej dwie sesje (na dwóch uczelniach) żyć mi nie dają.
Blink blink - nowe zdjęcia (może już ostatnie z tej partii wyrobów ;) )!


Ach, ślicznoty moje ;)
Marmur, howlit kwiecisty i agat. Plus posrebrzaanki ;)



Choinkowo. Perły oczywiście, tym razem w formie przypominającej prezenty i bombki...



Szkło weneckie w pięknym miodowo - piwnym odcieniu.. Niewiele im trzeba żeby być ozdobnymi.. :)



szkło weneckie, perły, kryształki, dużo elementów bali.. fajnie się prezentuje na ręce.




komplet dla mojej prawie-babci. Jaspis, nieśmiertelnie elegancki i piękniastyyy..
Elementy posrzebrzane to formalność, może trochę jak wiśnia na torcie szwarcwaldzkim ;)

17 stycznia 2011

Odczuwam obawę..

Heh, taka stara a portkami trzęsie. Płonę rumieńcem, godnym trzynastolatki. Zachowuję się nieracjonalnie. I ciągle mam obawę że głupio, że niepotrzebnie.. A kiedy do głosu dorwie się rozumek nie mogę wyjść z zachwytu nad możliwościami natury i genetyki mającymi na celu przetrwanie, przedłużenie gatunku, przekazanie dalej cech pozwalających na rozwój.
Rety, niby tyle już widziałam, tyle wiem a głupia się boję..
..Żeby jeszcze było czego!

(tym razem cały tekst nie znaczy wiele dla sytuacji, sam tytuł owszem ;) )



I tak poczułam w podświadomości jak inspirujące są takie babskie rozważania i natłoki emocji silnie sprzecznych.. ;)
EDIT: a ten w kowbojskim kapelutku jest do schrupania :D 

13 stycznia 2011

Jeszcze trochę błyskotek bo gadać nie mogę..

(zapalenie strun głosowych to świństwo jakich mało. Z domownikami porozumiewam się na bardzo krótkie dystanse (szeptem) lub syntezatorem mowy, jeśli trzeba pokrzyczeć (aby ktoś umierającej i okutanej we wszystkie dostępne koce i przytrzaśniętej laptopem zrobił herbaty!). świństwo!)


prezentuję:
w roli głównej perły, wspierane autorytetem lawy wulkanicznej i elementami posrebrzanymi. naprawdę mi się podoba :)




ponownie perły, bo grudzień był jakiś taki.. perłolubny. tym razem z posrebrzanymi i wstążką.



zgadnijcie ? perły! bogaty i naprawdę cudnościowy :) aż o mało go sobie nie zabrałam..



a tym razem - dla zmylenia przeciwnika - ceramika ! porcelana, jakkolwiek to zwał :)
ta czerwień mnie urzekła !


na razie tyle, wracam chorować. Ale czuję powrót weny, może na wiosnę (będę miała przecież kraftrum ! :) ) powstanie więcej cudeniek z różnej kategorii..
powinnam pokazać moje sztuki malarskie :P (tym razem nic oszałamiającego, bo niestety brak mi trochę warsztatu.. ale będę pracować ! )

29 grudnia 2010

Kolce hurtem :)

Lawa wulkaniczna, swarovski, trochę złomu ;)

Szkiełka kolorowe plus metale (lekkie :P)


Hematyt, jadeit, dodatki.. 


                                                Szkło i drewno, do pewnego naszyjnika..


A na koniec perełki i szkło. Piękności :)

27 grudnia 2010

Wracam i pokazuję błyskotki!

Na łono bloga, mam nadzieję, do biżowania - jak widać. Pracuję ostatnio w Katowicach w sklepie z koralikami i biżuterią. I w wolnych chwilach dłubię. Dorobiłam się nawet własnych metek ;)
Nie będę opowiadać co robiłam jak mnie nie było, bo ani to ciekawe ani łatwe do ogarnięcia. Wspomnę tylko że na początku października byłam na kolejnym rejsie... :P
A teraz zdjęcia -  na początek zestaw z perełkami dla pewniej Babci (nie mojej). Klientka prosiła o wymyślenie czegoś dlań a w końcu nie wzięła tegoż zestawu. Aż szkoda że wisiała na nim rezerwacja, bo inna pani była zainteresowana ;) Ale teraz jest dostępny :)


3 września 2010

Żyję !

I to pełnią życia! Wróciłam po 1,5 miesiąca z mazur żeby natychmiast wyruszyć na następny rejs. Popłynęliśmy z Władysławowa, przez Mariehamn (fin), Sztokholm, Vaxholm, Farosund(swe) aż do Ventspils(łot) 14-sto metrowym jachtem Warszawska Nike. Było fan-tas-tycz-nie :)



Tak ładnie było kiedy krążyliśmy w szkierach zmierzając do Sztokholmu. Poznałam świetnych ludzi.. 
A że jakoś tak wyszło że dostałam się w międzyczasie na AE na Finanse i Zarządzanie w Ochronie Zdrowia, to teraz siedzę sobie w Szklarskiej Porębie na Adapciaku i bawię się świetnie :)
 Oczywiście w zanadrzu mam następny rejs, s/y Kapitan Głowacki czeka na mnie na początku października :) No i udało mi się wyrobić godziny na sternika morskiego, jeszcze tylko wysłać papiery muszę..
Dobra, gonią mnie do integrowania się więc..

26 czerwca 2010

Ahoj !

Tak, wiem, jestem ostatnio rozmowna ;)
Ale udało mi się ogarnąć, pozamykać sesję, załatwić to co załatwić miałam i...
jadę na żagle !

Zdziwieni :P ?
Będę ponad miesiąc na mazurach (jestem instruktorką-opiekunką na młodzieżowych obozach żeglarskich), skąd mam nadzieję wrócić na krótko, aby zaraz potem wybrać się nad lub na morze (albo obie opcje ;) ). Pożyjemy, zobaczymy jak mawia pewien człowiek z którym nadal miło się mi rozmawia :).
A na razie.. ahoj przygodo ! Do zobaczenia w sierpniu !

11 czerwca 2010

Jak ja niecierpię lata :) !

Na szczęście mam wentylator, zimne napoje, rolety w oknach i do pełni szczęścia testuję matę masującą (taką na fotel). Bo tam jest już stanowczo zbyt ciepło. Pies umiera, śpi cały dzień ciężko dysząc w najchłodniejszym punkcie domu - łazience. Nie pomagają zimne prysznice.. Bidula.. Nie ma jak czarne futro :)

A gdyby ktoś pytał skąd tak nagle lato - to niestety moja wina. No bo zrobiłam wieś party o nazwie 'Powitanie Lata'. I jak nie pieprznęło słońcem! Ale i tak było fantastycznie :) (następna koniec sierpnia-wrzesień ;)!)


W kwestiach twórczych teraz zasłaniam się sesją, która w tym roku po raz pierwszy daje mi się poważnie we znaki. Teraz na przykład bardzo się staram nie pisać projektu na jutro.. Bardzo ważnego projektu ;)
Powstało następnych kilka stron albumu kopenhaskiego ale nie wiem kiedy go skończę.. Pod koniec czerwca kolejne żagle się szykują - miesiąc obozu żeglarskiego z dzieciakami na Mazurach - nie ma to jak leżenie i pachnienie[sic!] za które mi płacą ;)

Ach, no i muszę się pochwalić - pierwsza kartelucha w wylęgarni poszła :) Nie wierzyłam że to się kiedyś stanie więc radość miałam podwójną.

No i kwestia ostatnia - niezły łikend się szykuje:) Dni Bytomia, Dni WPKiW, Psia Impreza w M1 a ja jadę do Krakowa na baunsy XD  Ech.. :)
 
Copyright 2009 ..nannala... Powered by Blogger Blogger Templates create by Deluxe Templates. WP by Masterplan